Śmierć s. Faustyny


5 X mija rocznica śmierci s. Faustyny. Poniżej fragment z mojej książki - biografii Siostry.

„W sobotę, 17 września 1938 roku, na kilkanaście dni przed śmiercią s. Faustyny, infirmerka s. Alfreda Pokora przywiozła ją do klasztoru w Łagiewnikach. Ze szpitala na Prądniku jechały bryczką. Dziesięć kilometrów.

     „Droga nasza była bardzo ciężka – wspominała po latach s. Alfreda. – Zdawało się, że do domu nie dowiozę ją żywą. Kilkakrotne omdlenie niepokoiło mnie bardzo. Widząc to s. Faustyna, choć cierpiała bardzo, uspokajała mnie mówiąc: <<Siostro, proszę się nie martwić, bo ja w drodze nie umrę>>”. Siostry w „Józefowie”, skąd s. Faustyna wyjechała pięć miesięcy wcześniej, były zdumione jej stanem i wyglądem. „Twarz wychudzona, o zupełnie zmienionym owalu, żółta, oczy ogromne, wpadnięte, oczodoły podsiniałe, spojrzenie głębokie, badawcze i przenikliwe” – opisywała s. Stella Kozłowska. Dawna infirmerka, s. Chryzostoma Korczak, która wcześniej nie bardzo dowierzając chorobie Faustyny bywała dla niej przykra, teraz na jej widok wybuchnęła płaczem: „Jak siostra wygląda! Jak kościotrup” – te słowa podawane z ust do ust zapisał o. Andrasz.

     Faustynę umieszczono w separatce dla ciężko chorych sióstr w głównym budynku klasztoru. „Bardzo słabiutka. Już wcale nie może wstawać i prawie nie je. Zrezygnowana bardzo i bardzo budująca wyczekuje tej chwili, gdy się połączy z Panem Jezusem. I wcale się nie boi” – zanotowała kronikarka domu. Faustyną opiekowały się dwie siostry: pielęgniarka s. Alfreda Pokora i s. Amelia Socha, która miała gruźlicę nadgarstka. Chorą odwiedzały inne siostry, choć przełożone zalecały ostrożność, by się nie zaraziły. Szczególnie młode zakonnice. Ona też nie pozwalała im się zbytnio zbliżać, mówiąc: „Niech siostrunia więcej uważa na siebie”.

     W czasie takich wizyt Faustyna powiedziała siostrom Annie i Klemensie, że wybuchnie wielka i straszna wojna, która będzie trwać długo. Siostrze Klemensie wyjawiła też, że siostry zostaną w klasztorze w Łagiewnikach, ale muszą się dużo modlić. Obie, przyznają, ani nie brały tego, co mówiła im, na poważnie, ani nie pamiętały o tym do momentu, gdy rok później rozpoczęła się wojna, a w 1940 roku Niemcy po raz pierwszy (a próbowali w sumie trzykrotnie) chcieli je wysiedlić z „Józefowa”.

     Siostra Stella Kozłowska: „Ani jedna z sióstr odwiedzających ją nie słyszała słowa skargi, mówienia o sobie; przedmiotem rozmów był zawsze Pan Jezus. Mowa męczyła ją bardzo, toteż przeważnie tylko odpowiadała na pytania i najczęściej powtarzała: <<Już niedługo, już niedługo>>”. Siostra Alfreda Pokora: „Ostanie tygodnie s. Faustyny były bardzo budujące. Zawsze okazywała wielką uprzejmość i cierpliwość nie żądając niczego dla siebie. Na pytanie czy b. cierpi odpowiadała: <<Tak, bardzo, ale z tym mi dobrze>>”.

     Podobnie o swojej chorobie mówiła m. Irenie Krzyżanowskiej, dodając, że zgromadzenie będzie miało z niej „wiele pociechy.” Przełożona domu krakowskiego zauważyła, że w tym czasie Faustynę opuściło zdenerwowanie o sprawę rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego. Była już o to spokojna. „Będzie święto Miłosierdzia Bożego, widzę to, chcę tylko woli Bożej” – mówiła.

     Siostra Klemensa Buczek zapytała ją kiedyś, czy się boi śmierci. „Dlaczego miałabym się bać?” – odpowiedziała, ożywiając się nagle. „Wszystkie moje grzechy i niedoskonałości spłoną, jak słomka w ogniu Miłosierdzia Bożego”.

     Matka Irena Krzyżanowska: „Krótko przed śmiercią, gdy przyszłam do s. Faustyny, uniosła się na łóżku prosząc, bym zbliżyła się do niej i powiedziała do mnie kilka słów tej treści: „Pan Jezus chce mnie wywyższyć i uczynić świętą”. Odczułam w niej wiele powagi, dziwnego uczucia, że s. Faustyna przyjmuje to zapewnienie jako dar miłosierdzia Bożego, bez cienia pychy. Wyszłam od s. Faustyny przejęta tym, nie zdając sobie jednak dobrze sprawy z ważności tych słów”.

Faustyna poprosiła m. Irenę, aby przekazała Dzienniczek matce generalnej, co ta uczyniła, nie zaglądając do treści.

     W czwartek, 22 września, siostra Faustyna, zgodnie ze zwyczajem, przeprosiła całe zgromadzenie za swe mimowolne uchybienia. Trzy dni później, 25 września, po raz ostatni widziała się z ks. Michałem Sopoćko (taką datę podaje w Moich wspomnieniach, w Dzienniku natomiast – 26 września). Ksiądz przyjechał do Łagiewnik w drodze z Częstochowy, gdzie uczestniczył w zjeździe Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. W tym czasie odbywało się tam również zebranie plenarne episkopatu. Ksiądz Sopoćko skorzystał z okazji, by wręczyć biskupom listy z postulatem ustanowienia święta Bożego Miłosierdzia. Siostra Faustyna wiadomość ta bardzo ucieszyła. Ale długo ze sobą nie rozmawiali. „Nie chciała już ze mną rozmawiać, a może raczej nie mogła, mówiąc: <<Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim>>” – wspominał ks. Sopoćko, na którym zrobiła wrażenie „nieziemskiej istoty”. Pamiętał, że powiedziała mu wówczas, iż za 10 dni umrze. Ostatnie ich spotkanie jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu o prawdziwości orędzia głoszonego przez s. Faustynę. Nie miał też już żadnych wątpliwości, że to, co pisała w Dzienniczku o Serafinie, udzielającym jej Komunii św. w szpitalu na Prądniku „odpowiada rzeczywistości”.

     Dużo czasu przy siostrze Faustynie spędzała s. Amelia, chora na gruźlicę kości. „Obie bardzo się lubiły, rozumiały i kochały” – zaświadcza s. Alfreda. Na tydzień przed śmiercią s. Amelia miała powiedzieć: „Jaki Pan Jezus dobry, że siostra umiera tak młodo i tak świadomie, jakżesz pragnęłabym i ja zachorować na gruźlicę płuc i w rok po siostrze umrzeć”. Amelia obawiała się bowiem kalectwa i tego, że będzie ciężarem dla zgromadzenia. Faustyna rozumiała jej motywy, dlatego obiecała: „Jeśli będę miała jakieś łaski u P. Jezusa to poproszę, by w rok po mnie zabrał siostrę”. Nieco ponad rok po śmierci s. Faustyny, 4 listopada 1939 roku, s. Amelia zmarła. Przyczyną była gruźlica płuc.  

     Tuż przed śmiercią s. Faustyna została przeniesiona do głównego budynku klasztoru. Separatka znajdowała się na pierwszym piętrze. Okno pokoju wychodzi na dziedziniec zakładu i kaplicę. W drodze do kaplicy wystarczy spojrzeć w górę, na prawo, by je zobaczyć. Nie można pomylić – miejsce, gdzie umierała święta oznaczone jest tablicą i kwiatami. Pokój znajduje się za klauzurą, dlatego pielgrzymi nie mogą tu wejść.

     Separatka była niewielka. Z głównego korytarza prowadził do niej przedpokój, w którym stał leżak dla siostry dyżurującej przy chorej. Ostatniej nocy, z 4 na 5 października, przy Faustynie czuwała siostra J. (nie znamy jej imienia), która widziała chorą drugi raz w życiu. Siostra Stella Kozłowska: „[Faustyna] wypraszała się bardzo od wszelkich przy niej czuwań, toteż widząc siostrę wchodzącą na dyżur do jej pokoju szeptem powiedziała: <<Mój Boże, może już niedługo siostry będą się ze mną męczyć, siostry tyle mają pracy>>”.

     Konająca poprosiła, aby dyżurująca położyła się spać, a gdy będzie potrzebowała pomocy – zadzwoni. W nocy dzwonek odzywał się kilkakrotnie. Faustyna słabym głosem prosiła o wodę. Jednak nie wypiła ani kropli, a tylko płukała usta. Pragnienie paliło jej wnętrzności. „Wypiłabym całe wiaderko” – mówiła wcześniej matce przełożonej. Jednak strawione gruźlicą jelita i przełyk nie pozwalały przełknąć ani kropli wody. Prosiła też o odwrócenie jej na drugi bok. Siostra J. opowiadała później, że „nie czuła w dotknięciu ciała, lecz same kości”, a chora jęknęła przy ich dotknięciu.

     Poranek, w środę, 5 października, zapowiadał się w Krakowie pogodny. Rano dyżur przy chorej objęła s. Amelia. Faustyna poprosiła, aby zaśpiewała jakąś pobożną pieśń, a kiedy ta wymawiała się brakiem głosu, sama cichutko zaśpiewała: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani weszło w myśl człowieka, co dziewicę w niebie czeka”.

     O czwartej po południu przyjechał o. Andrasz. Udzielił siostrze Faustynie ostatniego rozgrzeszenia i namaszczenia. Faustyna była przytomna. Bardzo cierpiała. Kilka godzin przed śmiercią poprosiła o zastrzyk znieczulający, ale po chwili z niego zrezygnowała. Również ten ból złożyła w ofierze Bogu.

     Wieczorem rozpoczęła się agonia. „Dzisiaj mnie Jezus ze sobą poniesie” – zapowiedziała. „W czasie kolacji był dzwonek. Wiadomo było, że s. Faustyna umiera. Wszystko zostawiłyśmy i, ile nas było, poszłyśmy do niej” – wspomina młoda wówczas profeska s. Eufemia Traczyńska. „W infirmerii był już Ksiądz Kapelan (o. Teodor Czaputa) i parę sióstr”. Odmawiali modlitwy za umierających. „W pewnym momencie s. Faustyna dała jakiś znak, że m. Przełożona nachyliła się do niej, a ona powiedziała, że jeszcze teraz nie umrze, a jak będzie umierać, to da znać. Siostry rozeszły się; poszły prosto do kaplicy. (...) Po nabożeństwie nie było żadnego sygnału, więc każda poszła do swoich zajęć”. Przy chorej czuwała s. Liguoria Poznańska. Gdy zaczęła się agonia, przybiegła zbudzić s. Amelię, a przez pomyłkę zbudziła s. Eufemię, która chciała być przy śmierci siostry, o której Amelia mówiła, że będzie świętą. I tylko one dwie – s. Eufemia i s. Amelia – były w momencie śmierci s. Faustyny. Siostra Liguoria pobiegła jeszcze kogoś budzić, ale nie przełożoną m. Krzyżanowską, która w procesie beatyfikacyjnym s. Faustyny zeznała, że o jej śmierci dowiedziała się rano.

     Siostra Eufemia Traczyńska: „To było jakoś koło jedenastej w nocy. Gdy przyszłyśmy tam, s. Faustyna jakby lekko otworzyła oczy i trochę się uśmiechnęła, a potem skłoniła głowę i już... S. Amelia mówi, że już chyba nie żyje, umarła. (...) modliłyśmy się dalej. Gromnica cały czas się paliła”.

     Siostra Maria Faustyna Kowalska zmarła 5 października 1938 roku o godz. 22.45. Nazajutrz, 6 października, ciało zmarłej siostry przeniosły do krypty. Do pogrzebu trumna była odkryta.

     Ojciec Józef Andrasz: „W trumnie odzyskała świeżość i wdzięk, była daleko ładniejsza niż za życia”. Matka Irena Krzyżanowska: „Żadna z sióstr nie bała się zmarłej, jak to zazwyczaj ma miejsce. Twarz zmarłej wyrażała pokój”.

     Do krypty przychodziło dużo ludzi: siostry, wychowanki, pracownicy gospodarstwa. Dwa dni później, 7 października, w dzień Matki Bożej Różańcowej, odbył się pogrzeb. Do „Józefowa” przyjechali ojcowie jezuici: Józef Andrasz, Teodor Czaputa, Władysław Wojtoń, Tadeusz Chabrowski. Po jutrzni o godz. 8.30 rozpoczęła się msza żałobna. Księża mieli na sobie nie czarne, ale białe szaty liturgiczne. Ojciec Wojtoń odprawił mszę przy wielkim ołtarzu z wizerunkiem Matki Bożej Miłosierdzia, a o. Chabrowski przy ołtarzu Serca Pana Jezusa, tam gdzie dzisiaj wisi obraz Jezusa Miłosiernego i stoją relikwie św. Faustyny.

     Po mszy kondukt żałobny, prowadzony przez o. Czaputę, ruszył w kierunku cmentarza klasztornego, na tyłach ogrodu. Siostry niosły na ramionach trumnę z ciałem s. Faustyny. Złożyły ją we wspólnym grobowcu sióstr.

     Był początek jesieni, dzień pogodny. Z rodziny Heleny-Faustyny Kowalskiej nie było nikogo. Nie chciała, aby powiadamiać krewnych o pogrzebie z uwagi na koszty podróży. Ale jej siostra, Natalia Grzelak, która mieszkała w Łodzi, wiedziała, że umarła, zanim z Łagiewnik dotarła wiadomość do rodziny. Była noc, gdy Natalia u siebie w pokoju zobaczyła siostrę. „Bielutka jak opłatek, taka szczupła, ze złożonymi rękami. I mówi mi tak: „Przyszłam się z tobą pożegnać, bo odchodzę. Zostań z Bogiem. Nie płacz, nie wolno płakać”. Pocałowała mnie w policzek, a ja nie mogłam słowa wydobyć, tylko głowę przycisnęłam do poduszki. Kiedy wyszła, zaczęłam płakać (...). Wtedy drzwi otworzyły się jeszcze raz i stanęła w nich moja siostra, taka biała, i mówi: «Prosiłam, abyś nie płakała, a ty płaczesz. Nie trzeba płakać i proszę cię: nie płacz!»”. Rano Natalia pojechała z mężem do Głogowca. „Przyjeżdżam na wieś, a tam płacz, już wiadomość przyszła, że Faustyna nie żyje”.

     W Księdze Zmarłych klasztoru w Łagiewnikach zapisano: „Św. pamięci Siostra Faustyna w stosunku z Bogiem doszła do zupełnego z Nim zjednoczenia przez ukochanie, w upatrywaniu w każdym zdarzeniu lub zarządzeniu przełożonych woli Bożej”.

     Miała 33 lata. W zakonie przeżyła lat 13”

 

Fragment książki „Siostra faustyna. Biografia Świętej”.

 

Zgłoś post do moderacji